2010-03-15 13:31:54 >> o listonoszu słów nieprzyjemnych kilka.

I o tym, jak bardzo mnie wkurwia. Od dwóch lat pracuje w tym rejonie ten sam podejrzany typ, wygląd szczurzy, wzrok dziki, suknia plugawa, a w ręku torba ogromnawa. I chuj wie, proszę pąstwa, co on w tej torbie trzyma, bo że ani listy, ani przesyłki, to wiem. 

Otóż nieraz zdarzyło mi się kupować coś w sieci. Dużo razy, bo lubię zakupy. I nigdy, ale to nigdy się nie zdarzyło, żeby poczta polska mnie przyjemnie zaskoczyła i paczka, bądź też list pryjorytetowy przyszedł w miarę szybko. Wręcz przeciwnie, na listy i paczki czekam TYGODNIAMI. Sprzedawca towar wysłał, ma potwierdzenie nadania przesyłki, a przesyłki jako takiej le braque. Ale to jeszcze NIC, moi drodzy.

Otóż listonosz, który 'obsługuje' moją ulicę i kilka kolejnych ma zaskakującą metodę doręczania (a raczej NIEDORĘCZANIA) przesyłek. Najpierw snuje się pod bramką parę chwil. Jeśli jest zamknięta, a listonosz rzeczony, menda społeczna, ma dla mnie paczuszkę, nie da mi jej tak łatwo, o nienienie - nie zadzwoni on do drzwi, jeno awizo nieczytelne naskrobie, że mnie w domu NIE ZASTAŁ. A ja byłam, proszę pąstwa, i mogę udowodnić. I dlaczegóż ja mam brnąć przez śnieg i mróz na pocztę po paczkę, która miała przyjść do rąk mych własnych, hę? 

Chciałam kiedyś dorwać skurwla i spytać, o co mu chodzi. Obserwowałam drania i ha! Dowiedziałam się, o której mniej więcej przemyka pod moim ogrodzeniem. Zaczaiłam się więc na parchulca, furtkę otwartą zostawiłam i czekam. I czekam... i... jest! Nadszedł, krokiem wielce swobodnym z dziarską miną. Przy mojej furtce zwolnił, zobaczył, że otwarta. Wlazł. 'No, parchu, mam cię wreszcie!' pomyślałam. Ale patrzę, że dupek nie zbliża się wcale do mych drzwi, tylko lezie do ogródka. A że jesień wczesna była, więc w ogródku miałam wchuj dojrzałych jabłek, śliwek, gruszek i orzechów. I patrzę ci ja, a ta łajza leśna zrywa moje własne owoce i zeżera. No żesz kurwa, jak wyskoczyłam zza filarka znienacka i spytałam głosikiem słodkim 'A co pan tu, przepraszam bardzo, właściwie robi i kto panu pozwolił tu wejść, bo to teren prywatny i zaraz tu będzie ochrona', to mało się pestką nie udławił. Wymamrotał tylko, że on nic dla mnie nie ma i uciekł. Uciekł, parchulec! Dziko chichocząc poszłam do domu, ale...

...ale pół godziny , potem coś mnie tknęło. Poszłam sprawdzić skrzynkę na listy. I co znalazłam, ktoś zgadnie?

AWIZO!

A teraz znowu czekam na przesyłkę. I czekam i czekam. Próbowałam już skarżyć się na poczcie, ale się dowiedziałam, że nic z tym przypadkiem nie zrobią, bo po prostu nie mają nikogo na jego miejsce. A to ciekawe, nikogo nie mają, a takie bezrobocie na podbezpiździu podobno.




skomentuj (3)




2010-03-01 08:34:57 >> płonę jak żywa pochodnia.

Okazuje się, że to miasto żyje!

Przyznam się szczerze, że wczorajszy dzień mnie bardzo zaskoczył. Zaczęło się od tego, że Romantyczny zapomniał odebrać klucz od sali, na której mieliśmy mieć trening. Dzwonimy do posiadacza klucza, któren jest Wuceszefem Fundacji, która opiekuńczymi skrzydłami nas nakryła, i okazuje się, że Wuce jest straszne kilometry stąd i niematakiejopcji, nie przyjedzie.

Dlaczego Romantyczny klucza nie dorobił, drzwi nie wyważył, za to stał smętnie jak wyruchana kura i było mu przykro, tego nie wiem. W każdym razie nerw stargany ukoiliśmy zieloną herbatą (bo w okresie wiosennym zen, kurwa, trzeba praktykować) i postanowiliśmy zaczekać aż się ściemni, żeby sobie na placyku w centrum zrobić trening, jako, że pogoda ładna.

Reakcja ludzi mnie oszołomiła. W życiu się nie spodziewałam, że na tym ponurym Podbezpiździu zbierze się w niedzielę, kiedy to życie towarzyskie i kulturalne umiera, taki tłum. I że będą tak fajnie nastawieni, tacy mili, że będą kibicować, gratulować i takietam. Że ludzie wyciągną z szaf zakurzone sticki i piłki i że będą się przyłączać i że będzie nas tak dużo.

Oborzeliściasty, jak mi tego brakowało. Teraz boję się slotu, bo ogrom szczęścia mnie sprasuje na naleśniczka, zdaje się. 6 marca proszę mnie wypatrywać na Rynku Głównym w Krakowie :)




skomentuj (2)




2010-02-15 07:58:12 >> o tym, że odkryłam!

Odkryłam jak wkurwić Męszczyznę Romątycznego. Otóż pewnie nikt z czytających nie zrozumie, ale przechwyciłam mu kij do tak zwanej żonglerki kontaktowej i w tydzień nauczyłam się więcej, niż Romątyczny przez cały czas posiadania tej przefantastycznej zabawki.
Odkąd pamiętam, do uczenia się była mi potrzebna motywacja inna niż "bo trzeba".
Taka jest całkiem niezła ;)

Poza tym chyba się od tego uzależniłam. Uzależniłam się od żonglowania podpalonymi kijkami. Mało tego, zaczynam myślć, że żonglowanie podpalonymi kijkami jest lepsze, niż seks, czekolada i filmy Gondry'ego.


skomentuj (3)


Nawigacja



layout by Inez for Szablony.Blogowicz